Czy można zdać egzamin maturalny z języka polskiego nie czytając lektur?


Czy istnieje podział na lektury ważne i ważniejsze?
Kto może sobie pozwolić na nieczytanie lektur?
Jak formułowane są tematy prac maturalnych z języka polskiego?
Co to jest błąd kardynalny?
Jaki – poza zaliczeniem egzaminu – może być pożytek z czytania lektur?

Krzysztof Prus

Oczywiście, że można zdać egzamin z języka polskiego nie czytając lektur. Nie wiem, co w tej chwili odczuwam silniej – dumę czy zawstydzenie – ale stanowię najlepszy przykład na zaistnienie takiego przypadku.

Żeby pod koniec pierwszego roku polonistyki zaliczyć egzamin z literatury staropolskiej, należało w ciągu ośmiu miesięcy przeczytać ponad sto tekstów z epoki, nierzadko bardzo obszernych, iście barokowych. Profesor Tadeusz Ulewicz nie dopuszczał myśli, że ktoś mógłby nie zgłębić meandrów Nadobnej Paskwaliny czy Transakcyi wojny chocimskiej, skoro on przez całe życie zgłębia je namiętnie i nieustannie. Choć siwa głowa profesora Ulewicza niewiele wystawała ponad krawędź katedry, od niepamiętnych lat budził on nieodmienne zadziwienie w najzaciszniejszych zakątkach auli. Nigdy nie zapomnę porannych gromów ciskanych na głowę odtwórcy roli Zagłoby w ekranizacji Potopu, gdy tenże odtwórca źle zaakcentował łacińskie słowo oleum.

O!-leum! – oburzony Ulewicz krzyczał z takim zapałem, jakby chciał poderwać do śmiertelnej bitwy cały senny Kraków. – Mówi się: o!!-leum!! – wrzeszczał, jakby od tego zależało powodzenie obrony Jasnej Góry. – O!!!-leum!!!

Zadziwieniu budzonemu przez profesora Ulewicza równał się tylko budzony przezeń postrach. Relacje starszych kolegów były ze sobą zgodne. Każdej wiosny profesor Ulewicz oblewa (czy też może raczej należałoby powiedzieć – ulewa) trzy czwarte podchodzących do egzaminu studentów. Jesienią, w drugim terminie bywał czasem łaskawszy; niektórzy mówili, że to dlatego, iż rozluźniony wracał z wakacji, których wgryzający się w Nadobną Paskwalinę studenci zaznać tego lata nie zaznali. Osobiście jednak wątpię, czy profesor Ulewicz kiedykolwiek rozluźniał się i miał wakacje: musiałby wtedy rozstać się z Nadobną Paskwaliną.

A zresztą, co mi chodzi po głowie z tym profesorem? Tadeusza Ulewicza od niepamiętnych czasów nikt nie nazywał inaczej niż Dziadkiem. Tak jakby nie dopuszczano myśli, że przecież musiał kiedyś być młody a może nawet w przeszłości, choćby w dzieciństwie (o ile w ogóle miał dzieciństwo) zajmował się czymś innym niż wykładaniem literatury staropolskiej. Oczywiście wiedziałem, że to czysty nonsens. Oczywiście, że kiedyś musiał zajmować się czymś innym niż staropolszczyzną! Zamykałem więc oczy, i widziałem młodego, ciemnowłosego (rozbuchana wyobraźnia podpowiadała mi nawet: wysokiego) Ulewicza. W czasach, gdy Władysław Jagiełło reformuje nasz uniwersytet, magister Ulewicz wykłada literaturę współczesną. Stoi na rozsłonecznionym dziedzińcu Collegium Maius i budzi podziw żądnych wiedzy i poezji nadobnych dam (bardziej jednak w typie studiującej w męskim przebraniu Nawojki niż Paskwaliny), recytując z pamięci Rozmowę mistrza Polikarpa ze śmiercią.

– Owszem – myślałem.  – Rozmowa mistrza Polikarpa: fajna rzecz. Kiedy jednak znaleźć czas na inne lektury? Na naukę do innych egzaminów? A także – last, not least – życie towarzyskie? Wtedy, kiedy będę w wieku Dziadka Ulewicza i recytacja poezji pozostanie jedynym w istocie sposobem na budzenie kobiecego podziwu?

Przewidywania co do wyników wiosennego egzaminu, kiedy to polec miało trzy czwarte zdających studentów, okazały się nieprecyzyjne. Wiosną Dziadek Ulewicz oblał (niech będzie – ulał) cztery piąte naszego roku. I tu wreszcie dochodzimy do sedna tego artykułu. Moja wiedza na temat Nadobnej Paskwaliny i Trasakcyi wojny chocimskiej była co najmniej powierzchowna, a co do wielu innych lektur, nawet nie zdążyłem tknąć ich okładek. Dlaczego więc udało mi się egzamin z literatury staropolskiej zdać, i to zdać z oceną dobrą?

Otóż głównie dzięki temu, że zamiast Wojny chocimskiej i Paskwaliny, przeczytałem inne książki, i to niekoniecznie staropolskie. Braki w staropolskiej lekturze po prostu nadrobiłem ogólną znajomością literatury i wyobraźnią. Tak jak w muzyce istnieje zaledwie osiem nut i wszelkie kompozycje prawem matematyki muszą stanowić wariacje na powtarzające się tematy, tak i w literaturze podobne problemy, podobne wątki fabularne, podobne sposoby przekazu powracają na przestrzeni wieków w nowych konfiguracjach. Nie może być inaczej. Dziewięćdziesiąt procent literatury dotyczy dwóch spraw, które są niezmienne, lecz wciąż budzą nasze zainteresowanie: miłości (tak jak Paskwalina) i śmierci (tak jak Rozmowa mistrza Polikarpa). Cała reszta to nie więcej niż dziesięć procent (jak choćby nieszczęsna Wojna chocimska). A jednak wśród tych wszystkich książek są książki wyjątkowe, będące punktem wyjścia do innych książek, filmów, opowieści. Czytać je czy nie czytać?

Temu, kto czyta mało – stanowczo odradzam nieczytanie Króla Edypa, Makbeta, Dziadów, Pana Tadeusza, Lalki, Zbrodni i kary. Żadne streszczenie nie jest w stanie oddać bogactwa tamtych światów. Gdyby pokusić się napisać dokładne, uwzględniające wszelkie możliwe zagadnienia streszczenie Makbeta, wyszłoby takie streszczenie od Makbeta o wiele dłuższe. Poza tym tematy prac maturalnych formułowane są w ten sposób, by wydobyć z tekstu jakieś niekoniecznie najoczywistsze i niekoniecznie najbardziej rzucające się w oczy zagadnienie, i zderzyć je z podobnym zagadnieniem zawartym w innej książce (nierzadko wyboru musi dokonać zdający). Jak to zrobić, gdy zna się tylko suche streszczenia?

Ten natomiast, kto czyta dużo, może (choć oczywiście nie musi) zdać egzamin maturalny z języka polskiego nie czytając obowiązkowych lektur. Być może uda mu się nie rozpędzić wyobraźni na tyle, by popełnić dyskwalifikujący pracę maturalną błąd kardynalny (opowiedzieć o szkockim królu Edypie, który zabił lichwiarkę, przebrał się za księdza, obraził Boga i z początkiem listopada zakochał się w młodszej kobiecie). Tylko – na dobrą sprawę – czemu ktoś, kto dużo czyta, ma być uboższy od tego, który choć dotąd czytał mało, to w końcu przemógł się, co trzeba przeczytał, i właśnie budzi podziw u żądnych wiedzy, poezji i sam nie wiem czego tam jeszcze nadobnych dam z egzaminacyjnej komisji?

 

Kategorie: Matura po latach. Autor: Krzysztof Prus. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Krzysztof Prus

O Krzysztof Prus

Z zawodu jestem polonistą oraz reżyserem teatralnym. Uważam, że to dobre połączenie. Znajomość literatury przydaje się w teatrze, a znajomość teatru w szkole. O ile lepiej zna się i rozumie "Makbeta" czy "Kordiana", gdy wystawiało się te sztuki na scenie. Moim uczniom podwójna profesja ich nauczyciela daje jednak coś jeszcze. Po prostu mam świadomość, że zdawanie egzaminu maturalnego można porównać do występu na scenie. Ważne są nie tylko znajomość roli (w przypadku teatru) czy lektur szkolnych (w przypadku egzaminu), ale także i przede wszystkim sposób, w jaki można te rzeczy pokazać widowni. Trzeba przyznać, że obu występom towarzyszy podobna trema. Na szczęście, chociaż wiem, jak wielki trema może stanowić problem, wiem też, jak da się skutecznie z nią walczyć...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *